Przeskocz do treści
01/12/2012

„Jest tu jakiś zajazd?”

Miejscem akcji jest Psie Pole. Okolice wylotówki, krajowej „ósemki”. Pora raczej mało korzystna. Noc już. Do tego mokro i wietrznie. Zacina wiatr i leje deszcz. Jesienna zemsta na zimie. Niebiosa nie odpowiadają na moje nieme pojękiwania za śniegiem.

Stoję i moknę, starając się nie wpaść w możliwą w takich momentach desperację. Szczególnie że czuję ciężar piątki w kieszeni. Parzy w udo i woła „wydaj mnie, wydaj! Patrz, patrz. Jedzie autobus!”. Desperacko odpieram ataki głosów w mojej głowie. Tonę, lecz się nie poddaję.

Stoję i moknę, a Pablopavo po raz kolejny zapewnia mnie, że „wszystko się uda i że wszystko się piersi”. Z naprzeciwka widzę przebijającego się człowieka z plecakiem i torbą.

Jest przemoczony do suchej nitki; cieknie z niego jakby się przed chwilą w Warcie wykąpał. Może tak było. Może nie zważając na ryzyko i działając instynktownie wyciągnął z wody na wpół utopionego człowieka. Oczyścił karmę kosztem wody w butach.

Sprawia wrażenie mocno zagubionego. Idzie niemalże na oślep, mrużąc oczy i rozglądając się co chwilę na boki. Z każdym kolejny krokiem wydaje się przyspieszać swój marsz.

Po chwili staje przy mnie:
- Jest tu jakiś zajazd?

Zajazd, kurwa? Tawerna albo knajpa? Może wyszynk? Ledwo powstrzymuję się, żeby mu nie powiedzieć, że Ostatni zajazd we Wrocławiu jest cztery stajania stąd.

- A do Lublina tędy dojdę?

W milczeniu potakuję. Trochę nie dowierzam.
Trzy zdania moje. Dwa zdania jego. Nić porozumienia. Drobna porada ode mnie. Wskazuję kierunek. Kiwa głową i rusza. Odwracam się za nim, ale niknie za chwilę w lepkiej ciemności.

Stoję i moknę. Po kolejnych kilkudziesięciu przejechanych samochodach wreszcie udaje mi się kogoś zatrzymać. Dwa kilometry dalej mijamy kogoś idącego skrajem drogi.

10/26/2011

Wrocław stolicą! Kultury, k…!

Tytuł Europejskiej Stolicy Kultury na rok 2016 został przyznany. Reakcja była natychmiastowa, przewidywalna i dość typowa. „71″ był faworyzowany, bo ministrem kultury jest były prezydent miasta, który nadal czuje związki ze swoim dawnym miejscem urzędowania. Emocje duże, nieuzasadnione i na dodatek dość zabawne. Zupełnie jakby jechał Kubica albo skakał Małysz. Na hasło „Biją naszych” ruszyła jazda konna a kawaleria w obwodach przyłączyła się do szarży. A emo foch „oszukali” i krzyk „złodzieje” przy próbach wypaczania i dyskredytowania wyniku oraz stworzenia „alternatywnej stolicy kultury” przypomina cartmanowe „Pierdolcie się, idę do domu!”.

Wystarczy zapytać co bardziej rozemocjonowanych, o miejsce tegorocznej imprezy (pluralis – bo miasta są dwa), żeby się przekonać, że wcale nie chodzi o kulturę. Chodzi o wyścig. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. Rywalizacja zawsze budzi emocje. A w kulturze jest problem z orzekaniem. Czy jakiekolwiek obiektywne kryteria mogą stwierdzić, że rojkowy Off jest lepszy bądź gorszy od gutkowych Horyzontów? Jak to wszystko zmierzyć? No jakoś się to robi, ale potem okazuje się, że pojawiają się problemiki i kłopociki. Bardzo się cieszę, że Wrocław wygrał, ale daleki jestem od cmokania po ziemi, której dotykał prezydent Rafał. ESK to raczej wirtualne możliwości niż realny sukces. Co z tym się zrobi – it’s up to us. I do nich też. Przecież nikt nie zamierza tych fajnych pomysłów kasować. Europejska Stolica Kultury nie daje żadnego handicapu przy pisaniu projektów i zdobywaniu kasy.

A zarzuty? Musiały się pojawić. Mimo że są bzdurne, wyssane z palca i zaprzeczają rzeczywistości.

Długowieczna i prawdziwa przyjaźń pomiędzy PO a ekipą Dutkiewicza jest powszechnie we Wrocławiu znana. Platforma Obywatelska wyjątkowo mocno waliła przy okazji prób Dutkiewicza do wypromowania siebie jako kandydata na prezydenta kraju. Co jakiś czas wyskakuje też temat przepychanek na linii wojewoda vs prezydent w sprawie dróg. Także ostatnia billboardowa napierdalanka podczas ostatniej kampanii samorządowej w optyce wrocławskiej Platformy była szczególnie radosna. Próba rozpropagowania memu „głosujesz na Dutkiewicza – popierasz PiS” została szybko uwalona przez sąd w trybie wyborczym, ale pokazuje, jaką bzdurą jest próba połączenia byłego i obecnego prezydenta Wrocławia.

Wrocław też parę razy wtopił. Gdy dostawaliśmy w dupę o Expo lub gdy nie udało się z EIT też było szukanie winnych, próby dyskredytowania i bzdurne pieprzenie. Choć przyznaję, że powtarzanie jak mantrę, że WRC wygrał przez kumpelskie układy (jednogłośny werdykt członków jury, z których MNIEJSZA część była z Polski, a Ci z Polski to były ziomy z Poznania i Krakowa) jest nieco nudne. Choć przewidywalne. Najgorsze że jakby 71 nie wygrał, to też pewnie napierdalaliśmy byśmy „anty”. Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.

Naturalne zresztą jest to, że włodarze miast, które przegrały (poza Hanią, ona jest chyba zbyt mocno umocowana politycznie) grają „na siebie” i pod publiczność lokalną. Kanalizując złość, rozczarowanie i frustrację wiele można osiągnąć. A chłopiec do bicia zawsze się przecież znajdzie. Tak więc życzę powodzenia wszystkim tworzącym tkankę kulturalną w miastach; oby udało im się zaorać ugór i zgliszcza, które pozostaną po syfie 2012 roku. Mam nadzieję, że smutne napierdalanki pomiędzy smutnymi panami w szalikach skandującymi smutne hasełka na stadionach nie przeniosą się na relacje między uczestnikami koncertów, wydarzeń, festiwali i przeglądów pochodzącymi z różnych miast. Bo jakoś nieszczególnie cieszy mnie myśl, że kosa pomiędzy Brave Festivalem a Tauronem Nową Muzyką sprawi, że jadąc na ten ostatni, będę musiał się wypierać swojego miejsca pochodzenia.

01/05/2008

Partner na studniówkę

Witam serdecznie. Zbliża się gorący okres karnawałowo – studniówkowy w związku z czym postanowiłem wyjść na przeciwko wszelkim oczekiwaniom. Akcja z cyklu „MeeHau – Twój partner (na studniówkę)” ma na celu uświadomienie części osób chodzących do ostatniej klasy liceum, że mają szansę na pójście na tę ważną imprezę z kimś, kto spełni ich oczekiwania i zapewni dobrą zabawę przez cały wieczór, noc a także, w szczególnych i wyjątkowych sytuacjach, i rano.

Jeśli więc w ostatniej chwili Twój partner złamał nogę, wyjechał na zmywak do Anglii, wywalony ze studiów został wcielony do wojska lub postanowił iść z Twoją najlepszą przyjaciółką, Ty nie załamuj rąk – możesz skorzystać z usług wykwalifikowanego partnera, z bogatym doświadczeniem w wielu dziedzinach i sferach.

Pragnienie spędzenia uroczego balu w towarzystwie czarującego studenta, o wyjątkowej aparycji i inteligencji, o silnej empatii i wysokiej inteligencji emocjonalnej, potrafiącego zrozumieć Twoje maturalne bolączki, a jednocześnie odrywającego Cię od smutnej rzeczywistości to normalna potrzeba którą masz okazję zaspokoić, w sposób całkowicie bezpieczny i pewny.

Gwarantuję udaną zabawę, w której poczujesz się wyjątkowo. Twoje koleżanki będą Ci zazdrościły, a czas zabawy upłynie Ci w przemiłej atmosferze.

Jeśli nie masz więc z kim iść albo boisz się, że Twój kolega z którym pójdziesz zalegnie po godzinie pod stołem – zdaj się na mnie. Pewność, solidność i gwarancja (także finansowa*) to atuty, które sprawiają, że na rynku jestem praktycznie bezkonkurencyjny.

Na specjalne życzenie mogę wysłać anonimowe referencje poprzednich partnerek. W wyjątkowych sytuacjach i za dodatkową opłatą mogę wcielić się w rolę świadka na bierzmowanie, partnera na weselu bądź półmetku, a nawet partnera na balu gimnazjalnym. Ta ostatnia opcja obarczona jest jednak dużym ryzykiem, w związku z czym zastrzegam prawo anulowania umowy w dowolnym czasie bez zwracania opłaty.

Jeśli zależy Ci na dopasowaniu, musisz poinformować mnie wcześniej o kolorze oraz kroju swojej sukienki. Posiadam naturalnie swój indywidualny zestaw imprezowy, ale nie odrzucam ubioru proponowanego mi przez partnerkę – może to nawet wpłynąć na obniżenie kosztów.

Poważne oferty wraz ze zdjęciem proszę kierować na adres meehau(at)poczta.onet.pl

Pamiętaj! Za jakość się płaci. Na rynku istnieją także partnerzy, którzy pójdą z Tobą za darmo, ale nie eksperymentuj na sobie. Tylko doświadczony partner z certyfikatami poświadczającymi jego profesjonalizm oraz prowadzący działalność gospodarczą jest gwarantem wspaniałej zabawy.

Oferta dotyczy osób płci żeńskiej, które urodziły się jako kobiety i nie były poddawane operacjom zmiany płci.

* – naturalnie istnieje możliwość reklamacji. Uzasadnienia pisemne wraz z paragonem albo rachunkiem w przeciągu dwóch tygodni od daty imprezy proszę dostarczyć na adres korespondencyjny. Opłaty studniówkowej za wejście na imprezę nie zwracam w żadnym wypadku.

12/24/2007

Święta sręta

Nie lubię świąt. Tak po prostu i zwyczajnie. Denerwuje mnie ten cały świąteczny nastrój. Wkurzający jest fakt, że porządki świąteczne trwają trzy dni i obejmują tak absurdalne czynności jak ścieranie kłaczków spod telewizora czy też uprzątnięcie z podłogi artystycznie rozłożonych książek, kserówek, notatek, pudełek, opakowań, gazet, zeszytów oraz wielkiego kartonowego pudła w którym leżą moje wszystkie płyty.

Nie wiedzieć czemu całe twórcze wyluzowanie estetyczne trzeba na te trzy dni w roku sprowadzić do niemieckiego „porządek musi być”. Wszelkie próby negocjacji zawsze zawodzą – złamanie zasad przyjętych w okresie świąt, grozi konfliktem na niewyobrażalną skalę. Poddaję się więc presji otoczenia oraz wyłączam asertywność i ruszam w szale bojowym do walki z kolejnymi nieuporządkowanymi, w mniemaniu osób postronnych, strefami mojego małego dominium. O głupocie związanej z myciem szyb w zimie szkoda wspominać.

Ale święta to nie tylko absurdalne sprzątanie. To o wiele większa radość, którą można zobaczyć na twarzach tych wszystkich osób, które z szaleństwem w oku lecą od bankomatu do sklepu i z powrotem. To chyba jakiś amok albo zbiorowe nabywanie małpiego rozumu; ci wszyscy szaleńcy potrącają się, krzyczą na siebie, szturchają, przepychają, odpychają i robią dziesiątki innych nieprzyjemnych rzeczy, które w czasie nieświątecznym byłyby uznane jako zachowanie niegodne człowieka. No ale przecież mamy szczególny i wyjątkowy okres…

Ale prezenty trzeba kupić. Mimo że nie mamy szans wcelować w gust bliskich nam osób i w zdecydowanej części wydajemy pieniądze niepotrzebnie tudzież nietrafnie, to brniemy w zaparte ulegając „magii świąt”, czyli wypaczonemu przez naszą cywilizację obyczajowi dawania prezentów i radości innym. W ostatecznym rozrachunku okaże się, że prezent taty podobałby by się babci, babciny prezent mamie, mamy prezent bratu, a ojcu nic się nie podoba i w zasadzie modli się o to samo o co my sami – żeby to wszystko się wreszcie skończyło i żeby można było iść odpocząć do pracy

Próba zrobienia normalnych zakupów na parę dni przed świętami jest pozbawiona racji bytu, bo narażanie się na łaskę krwiożerczego tłumu, z którego każdy przedstawiciel chciałby dorwać jak najlepszy, najświeższy i najsmakowitszy kawałek zdechłego świniaka, to kuszenie losu.

Zostaje jeszcze kwestia najważniejszego symbolu Bożego Narodzenia. Jedni preferują dżewko (właśnie „dż” nie „drz”, chujonkę „dżewkiem” nazywają rasowi sprzedawcy dżewek) naturalne inni wyciągają kawał plastiku ze strychu. Obydwie metody mają wiele plusów i o wiele więcej wad. Ekologicznie rzecz ujmując to nie wiadomo czy bardziej groźna jest masowa wycinka drzew iglastych czy też wolno rozkładające się tworzywo sztuczne.

Mniej problemowa i bardziej śmierdząca jest podróbka chujonki, która w większości domów nie dość że może poszczycić się wiekiem równym najstarszemu synowi, to na dodatek wyglądem przypomina wykastrowaną palmę. Jednak się nie sypie, jest od razu przystosowana do wstawienia, nie trzeba jej podlewać i nie kłuje podczas strojenia. Wersja extreme zakłada, że się jej nie rozbiera ani nie ubiera, bo przystrojona przez cały rok stoi w miejscu, w którym nikomu nie wadzi. Tylko na czas świąt wnosi się ją do pokoju, ewentualnie obtrzepuje z kurzu i zostawia na miesiąc, aby jakoś wyglądała. Po tym całym zamieszaniu chowa do szafki. Proste i bezproblemowe.

Żywe badziewie ma zalet mniej, bo ładnie pachnie i ewentualnie daje możliwość snobowania się. Męczarni jednak przy tym co nie miara. Trzeba podlewać, podciąć i dopasować do stojaka, zbierać igiełki. Na dodatek za mitomańskie należy uznać wszelkie opowieści o „romantycznym bzykaniu pod choinką„. Każdy kto mówi, że tego próbował jest albo kłamcą albo szaleńcem o skłonnościach masochistycznych. Już włożenie ręki między igły nie jest przyjemne a co dopiero mówić o… no o i innych cześciach ciała.

Osobno należy traktować problem z lampkami. Co roku okazuje się, że te zeszłoroczne nie działają i próby ich naprawienia kończą się zwarciem instalcji elektrycznej i wypieprzeniem korków na całej ulicy. Koniec końców, parę minut przed zamknięciem sklepu, rzuca się których z domowników na poszukiwania odpowiednich światełek. Jeśli skuszony ceną albo łatwą wygraną ulegnie pokusie i ich nie przetestuje, mogą wyniknąć trzy różne sytuacje:

1 – światełka nie będą działać w domu, a ewentualna wymiana odbędzie się po świętach
2 – lamki będą działać jednak jako darmowy bonus okaże się, że migoczą w jakiś szalonym rytmie i dłużej siedząc w pokoju można dostać oczopląsu
3 – nie dość że świecą to jeszcze grają jedną melodyjkę w kółko. Nie ma nic gorszego niż grające i migające światełka doprowadzające do furii wszystkich domowników

Chujonka, lampki, bombki, włosy anielskie (byle nie łonowe), łańcuch i niby wszystko gotowe. Szkoda tylko że wygląda to jakby Marsjanie zamierzali wystartować w kolorowej rakiecie na misję „Earth Voyager”.

Ale przecież te trzy dni wielkiego obżerania się to niezwykły czas, w którym mamy chwilkę tylko dla siebie. I telewizora, w którym jak co roku będzie można obejrzeć Samych Swoich, którąś z adaptacji Sienkiewicza oraz Kevina samego w domu, którego na pamięć zna nawet mój pies! No i jeszcze przy rodzinnym stolemożemy poudawać, że wszyscy się kochamy i wybaczyć sobie wszelkie krzywdy, które przez ostatni rok mieliśmy okazję wyrządzić nawzajem. Katharsis a potem hulaj dusza, cała zabawa zaczyna się od początku.

Niczym żydzi podziękuję Ci jednak Panie, za to że nie uczyniłeś mnie kobietą i pozbawiłeś naturalnych zdolności poruszania się po kuchni. Mało tego że musiałabym uważać na kalorie zawarte w tych wszystkich potrawach, to na dodatek większa część ich robienia spadłaby na moje śliczne piersi.

Podczas kolacji wigilijnej i dwóch następnych dni jedna osoba zjada tyle, ile afrykańska osada je przez miesiąc. Nasze wnętrzności mówią nie, ale zalewane kolejnymi porcjami płynów, nie są w stanie wypowiedzieć tego głośno. A gdy już jęknął lub w jakiś wyjątkowo brzydki sposób dadzą o sobie znać, robimy im 30 minutową przerwę na regenerację i wracamy do nierównej walki z tonami jedzenia.

Probierzem przejedzenia mogą być trzeszczące w szwach spodnie, coraz bardziej odpinane guziki kiecki czy też brzuch wyglądający, jakbyśmy byli w siódmym miesiącu ciąży. Można popełniać samobójstwo na wiele sposobów, ale świąteczne obżarstwo ma swoją wielowiekową tradycję, której łamać za żadne skarby nie można. Nawet ten śmierdzący i ościsty karp, którego gehenna zaczęła się parę miesięcy temu podczas jesiennych połowów, musi zostać spróbowany. Gdy myslę o tej rybie, która od października przez różne baniaki, wanny, wiaderka i inne sztuczne zbiorniki wodne przeszła, to mi odchodzi ochota na jedzenie. Ja to bym jednak chciał, aby zwierzątko było w miarę czyste (by nie rzec „dziewicze”), a nie obmacane przez wąsatych rybaków, których ulubionym zajęciem było sikanie do stawu hodowlanego podczas libacji alkoholowych.

Wspólne kolędowanie zastąpione wspólnym oglądaniem kolęd w tv także do przyjemnych nie należy. Bo ileż można oglądać tych samych artystów śpiewających te same piosenki, w ten sam sposób? No ale lepsze to niż żenująco wyglądający i śmierdzący tanim winem kolędnicy, którzy są spławiani na różne wymyślne sposoby. Ja w tym roku zamierzam powiedzieć, że miast Bożego Narodzenia świętujemy Chanukę, więc o ile nie znają czegoś w jidisz albo po hebrajsku, to niech idą jęczeć pod innymi drzwiami.

Gdyby pojawił się drugi rzut kolędników to przywitam ich z Koranem w ręce i krwiożerczym okrzykiem brata w pokoju obok: „Zabić chrześcijan!”. Powinno zadziałać.

Tradycja zostawiania pustego talerza dla głodnego i spragnionego wędrowca jest przeważnie praktykowana w sposób formalny. Znaczy ten jeden cholerny talerz stoi i wadzi wszystkim podczas jedzenia. Jednak gdy tylko słychać kroki koło drzwi, cała rodzina wstrzymuje oddech i w myślach rzuca „Niech ta bezdomna mynda idzie do sąsiadów.”

Naturalnie nie można nie wspomnieć o nowej świeckiej tradycji. Poza normalnymi zakupami, na które wydaje się więcej niż pozwala portfel, ale nie więcej niż pozwala linia kredytowa w banku, od paru lat jesteśmy wystawieni na atak setek a nawet tysięcy reklam, bannerów, świecących lampek, grających muzyczek, maili, SMSów, telefonów i sam szatan nawet nie wie czego jeszcze.
Wszyscy już przywykliśmy, że święta czyli chujonki i małpa w czerwonym są widoczne od listopada. Dowcip mówiący o tym, że nadejście Bożego Narodzenia zwiastuje świąteczna reklama Coca-Coli w telewizji przestał być zabawny parę lat temu.

No i jeszcze trzeba mieć oczy na czubku głowy. A nuż jakiś potwór czai się w okolicach jemioły i gdy tylko się pod nią znajdziemy, zostaniemy zaatakowani i to bez możliwości ucieczki. „Na żądanie raz można” zakrzyknie indywiduum i zbliży się z oczywistym zamiarem zostawienia swojego kodu DNA na naszej twarzy.

Jednak prawdziwym hitem są życzenia dochodzące na skrzynkę mailową w stylu: Merry Xmas – Buy Viagra from us. Ewentualnie Powiększanie piersi/penisa to najlepszy prezent jaki możesz jej/mu sprawić. Swoją szosą oddałbym pół królestwa i rękę (lewą) królewny, żeby móc zobaczyć, jaką reakcję wzbudziłby taki prezent ofiarowany ukochanemu albo ukochanej.

Tak naprawdę świąteczną atmosferę czuć dopiero w nocy, podczas Pasterki. Kiedy to po tym całym zamieszaniu zakupowym, po Sodomie i Gomorze jaka podczas sprzątania istnieje, po dantejskich scenach w trakcie wigilii można się iść wyciszyć i zbratać w miłym towarzystwie. Bo czyż może być coś bardziej świątecznego niż flaszka kupiona na stacji benzynowej, pita przy – 10 stopniach i zapijana kompotem z suszu podczas siedzenia na ławce w ciemnym Parku w towarzyswtie mało trzeźwych osobników, z których każdy osiągnął zaawansowane stadium upojenia alkoholowego?

Tak. Kocham święta…

07/05/2007

Skok na szczęście

Kolejny raz nasz bohater wciągnął potężną dawkę czegoś, co w zamierzeniu miało być być trawą, a w rzeczywistości okazało się czymś płucowypluwalnym. Szczypało w gardło… Ale osoba o której piszę, nie paliła pierwszy raz. Powoli przywykała do gryzącego odoru palonej gandzi. O ile sam zapach trawki nie był zły, to w połączeniu z gazem z zapalniczki i szklanej lufki, swąd przypominał spalanie się zasilacza od komputera…

Trzeci i ostatni, jak się okazało, haust był już przyjemny. Łyk Coca Coli Lajt pozwolił odzyskać władność nad językiem i ślinę. Komfortowa sytuacja. Miłe uczucie. Zabawni ludzi. Fajna zabawa. Nastąpił kopniak w górę. Jeszcze przed chwilą średnie samopoczucie osiągnęło stan bliski stratosfery i ciągle wzbijało się wyżej i wyżej. Swobodny lot w przestrzeń. Niczym nieskrępowany nastrój wznosił mnie na wyżyny śmiechawy i upalenia. Błogosławieni upaleni trawą albowiem cały świat do nich należy. A nawet jeśli nie należy, nie czują się z tego powodu smutni. Bo smutek odchodzi wraz z troskami. A troski spalają się podczas wypalania się w lufce.

Nasz bohater z grupą (nie)znajomych czuł się naprawdę dobrze. Znowu zdał sobie sprawę, że jest niemal szczęśliwy. I ta myśl go poraziła. Przestraszyła. Zdruzgotała. Przeszyła na wylot i zrobiła dziurę w mózgu. Dziurę wielkości grejfruta. Wstrząsnęła całym jego jestestwem.

Już nie leciał swobodnie w kosmosie. Już nie oddalał się od Ziemi. Wręcz przeciwnie. Przyciąganie ziemskie ściągało go. Z każdą sekundą przybliżał się do powierzchni. A prędkość rosła. Lot koszący w dół nie zakończył się wbiciem w ziemię i otwarciem oczu. O nie! Wleciał w dół, w którym jeszcze nigdy nie był. Tak głęboki, że nie było widać nieba. Z każdej strony ściana i osypujące się grudki piasku, które powiększały jego poczucie paniki. Nie wiedział, co się dzieje. Jeszcze nigdy tak się nie czuł.

Zaczął intensywnie myśleć; mózg pracował na obrotach na jakich jeszcze nigdy nie musiał pracować. Strach i adrenalina podniosły mu ciśnienie niemal do rozsadzenia żył.

Rozglądał się wokół i nie wiedział, co widzi. Jego myśli nie były jego myślami, a to co robił było jak sen. Mara w której nie kontrolujesz sam siebie. Władca marionetek szarpał za sznureczki, które oplatając Michała sterowały każdym jego słowem, gestem… myślą nawet. Nawet Pinokio mógł mieć swoje myśli. A Michał ich nie miał. Mówił, lecz to nie były jego słowa.

A dołu już nie było. Bo Ziemia się rozpadła na pół i on spadał niżej. Gdy był niemal w samym jądrze, planeta znowu się połączyła zamykając go i więziąc. Gorąca lawa spalała go i krępowała mu myśli. Szamotał się, lecz nurt lawy ściągał go dalej od gorącego jądra. Lawa zastygała… a Michał wraz z nią. Stan próżni zaczynał się wytwarzać. Ale natura nienawidzi próżni. ZAWSZE ją czymś wypełnia.

Niejednokrotnie życie przyrównywano do sinusoidy; raz w gorę a raz w dół. Jak huśtawka. Ale tym razem to nie był wężyk. To była parabola. Pieprzony wykres funkcji wskazywał na rozwiązanie, w którym ramiona tejże były skierowane ku dołowi. I Michał właśnie leciał w dół. Ku samemu dołowi nieskończoności. Ku dołowi którego nigdy nie dane mu będzie osiągnąć. I nie ważne jak długo będzie spadać, lecieć, schodzić… nigdy nie dojdzie do momentu, w którym będzie mógł od dna się odbić.
One way !

Shitty epilog

Bo taka jest moja droga na skróty. Skok na szczęście. Bo kierowanie się ku celowi jakim jest szczęście, jest już celem. A wszelkie próby wskoczenia na wysepkę ze szczęściem kończą się siedmiogodzinnym wpatrywaniem się w liście za oknem. Bo szczęścia nie da się osiągnąć na stałe. Ciągle trzeba za nim biec; doganiając a czasem oddalając się od niego. Ale próba oszustwa skończyć się może dwojako; albo zagłębianiem albo całkowitym wyplątaniem z tego oszustwa – tej obłudy i nieszczerości. Na dodatek chwilowej. Bo szczęście w przeciwieństwie do trawy nie zabiera nic w zamian. A gandzia żąda ofiary. Za każdym razem. Złoty cielec którego trzeba rozpieprzyć nim ofiara jakiej zapragnie będzie za duża.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.