Dopiero parę dni temu, wyparte ze świadomości zdarzenie ekranizacji kolejnych tomów Diuny powróciło za sprawę magicznego miejsca, gdzie plików nie ma, a jednak można je sobie pobrać. Przed lekturą drugiej i trzeciej części cyklu odświeżyłem sobie „jedynkę”. I podobnie jak przy pierwszym razie uderzyło mnie, jak wielkie problemy sprawia mi nietrzymanie się scenarzysty/reżysera/twórców oryginału. Jasne, nie ma tutaj absurdów w stylu Lyncha, który w końcowych scenach doprowadził do wybicia wszystkich czerwi, a krysnoże ustąpiły pola jakimś modułom, ale nagłe zachmurzenie nieba czy rzeka wypływają zza pleców „Tego który może być w wielu miejscach naraz, więc wlazł chyba do bajorka” także rażą.
Bo gdy nagle księżna Irulana z roli NPC (w książce) staje się kreatorką polityki Imperium (w mini serialu), a Thuwir Hawat zamiast być niecnie wykorzystywany przez barona Vladimira pojawia się tylko w kilku początkowych scenach to „fan warning” świeci na żółto niemal cały czas. Stąd mój podwyższony stan gotowości zaowocował zapisywaniem w pamięci podręcznej niezgodności między książką a filmem. Co zabawne, mniej mnie raziły dziwaczne i momentami zbyt odjechane stroje noszone na salonach imperialnych łże elit czy też szamańska gestykulacja Fremenów. Również przez palce patrzyłem na drewniane aktorstwo i efekty specjalne.
Zdając sobie sprawę, że filmowe adaptacje rządzą się specyficznymi prawami i nawet w kilkugodzinnym molochu nie można zawrzeć kilkuset stron książki, mam zastrzeżenia do kilku rozwiązań i nadmiernego spłycenia całości. Co ciekawe, produkcja Lyncha wydaje się w niektórych momentach, szczególnie jeśli chodzi o mistyczny klimat i wewnętrzne monologi Muad`diba, przewyższać wersję harrisonową. W idealnym świecie, gdybym produkował raz jeszcze ową mini serię, postarałbym się zatrudnić do niej pana Davida i naciskał mocno na trzymanie się oryginalnego scenariusza.



