Święta sręta
Nie lubię świąt. Tak po prostu i zwyczajnie. Denerwuje mnie ten cały świąteczny nastrój. Wkurzający jest fakt, że porządki świąteczne trwają trzy dni i obejmują tak absurdalne czynności jak ścieranie kłaczków spod telewizora czy też uprzątnięcie z podłogi artystycznie rozłożonych książek, kserówek, notatek, pudełek, opakowań, gazet, zeszytów oraz wielkiego kartonowego pudła w którym leżą moje wszystkie płyty.
Nie wiedzieć czemu całe twórcze wyluzowanie estetyczne trzeba na te trzy dni w roku sprowadzić do niemieckiego „porządek musi być”. Wszelkie próby negocjacji zawsze zawodzą – złamanie zasad przyjętych w okresie świąt, grozi konfliktem na niewyobrażalną skalę. Poddaję się więc presji otoczenia oraz wyłączam asertywność i ruszam w szale bojowym do walki z kolejnymi nieuporządkowanymi, w mniemaniu osób postronnych, strefami mojego małego dominium. O głupocie związanej z myciem szyb w zimie szkoda wspominać.
Ale święta to nie tylko absurdalne sprzątanie. To o wiele większa radość, którą można zobaczyć na twarzach tych wszystkich osób, które z szaleństwem w oku lecą od bankomatu do sklepu i z powrotem. To chyba jakiś amok albo zbiorowe nabywanie małpiego rozumu; ci wszyscy szaleńcy potrącają się, krzyczą na siebie, szturchają, przepychają, odpychają i robią dziesiątki innych nieprzyjemnych rzeczy, które w czasie nieświątecznym byłyby uznane jako zachowanie niegodne człowieka. No ale przecież mamy szczególny i wyjątkowy okres…
Ale prezenty trzeba kupić. Mimo że nie mamy szans wcelować w gust bliskich nam osób i w zdecydowanej części wydajemy pieniądze niepotrzebnie tudzież nietrafnie, to brniemy w zaparte ulegając “magii świąt”, czyli wypaczonemu przez naszą cywilizację obyczajowi dawania prezentów i radości innym. W ostatecznym rozrachunku okaże się, że prezent taty podobałby by się babci, babciny prezent mamie, mamy prezent bratu, a ojcu nic się nie podoba i w zasadzie modli się o to samo o co my sami – żeby to wszystko się wreszcie skończyło i żeby można było iść odpocząć do pracy
Próba zrobienia normalnych zakupów na parę dni przed świętami jest pozbawiona racji bytu, bo narażanie się na łaskę krwiożerczego tłumu, z którego każdy przedstawiciel chciałby dorwać jak najlepszy, najświeższy i najsmakowitszy kawałek zdechłego świniaka, to kuszenie losu.
Zostaje jeszcze kwestia najważniejszego symbolu Bożego Narodzenia. Jedni preferują dżewko (właśnie “dż” nie “drz”, chujonkę “dżewkiem” nazywają rasowi sprzedawcy dżewek) naturalne inni wyciągają kawał plastiku ze strychu. Obydwie metody mają wiele plusów i o wiele więcej wad. Ekologicznie rzecz ujmując to nie wiadomo czy bardziej groźna jest masowa wycinka drzew iglastych czy też wolno rozkładające się tworzywo sztuczne.
Mniej problemowa i bardziej śmierdząca jest podróbka chujonki, która w większości domów nie dość że może poszczycić się wiekiem równym najstarszemu synowi, to na dodatek wyglądem przypomina wykastrowaną palmę. Jednak się nie sypie, jest od razu przystosowana do wstawienia, nie trzeba jej podlewać i nie kłuje podczas strojenia. Wersja extreme zakłada, że się jej nie rozbiera ani nie ubiera, bo przystrojona przez cały rok stoi w miejscu, w którym nikomu nie wadzi. Tylko na czas świąt wnosi się ją do pokoju, ewentualnie obtrzepuje z kurzu i zostawia na miesiąc, aby jakoś wyglądała. Po tym całym zamieszaniu chowa do szafki. Proste i bezproblemowe.
Żywe badziewie ma zalet mniej, bo ładnie pachnie i ewentualnie daje możliwość snobowania się. Męczarni jednak przy tym co nie miara. Trzeba podlewać, podciąć i dopasować do stojaka, zbierać igiełki. Na dodatek za mitomańskie należy uznać wszelkie opowieści o “romantycznym bzykaniu pod choinką“. Każdy kto mówi, że tego próbował jest albo kłamcą albo szaleńcem o skłonnościach masochistycznych. Już włożenie ręki między igły nie jest przyjemne a co dopiero mówić o… no o i innych cześciach ciała.
Osobno należy traktować problem z lampkami. Co roku okazuje się, że te zeszłoroczne nie działają i próby ich naprawienia kończą się zwarciem instalcji elektrycznej i wypieprzeniem korków na całej ulicy. Koniec końców, parę minut przed zamknięciem sklepu, rzuca się których z domowników na poszukiwania odpowiednich światełek. Jeśli skuszony ceną albo łatwą wygraną ulegnie pokusie i ich nie przetestuje, mogą wyniknąć trzy różne sytuacje:
1 – światełka nie będą działać w domu, a ewentualna wymiana odbędzie się po świętach
2 – lamki będą działać jednak jako darmowy bonus okaże się, że migoczą w jakiś szalonym rytmie i dłużej siedząc w pokoju można dostać oczopląsu
3 – nie dość że świecą to jeszcze grają jedną melodyjkę w kółko. Nie ma nic gorszego niż grające i migające światełka doprowadzające do furii wszystkich domowników
Chujonka, lampki, bombki, włosy anielskie (byle nie łonowe), łańcuch i niby wszystko gotowe. Szkoda tylko że wygląda to jakby Marsjanie zamierzali wystartować w kolorowej rakiecie na misję “Earth Voyager”.
Ale przecież te trzy dni wielkiego obżerania się to niezwykły czas, w którym mamy chwilkę tylko dla siebie. I telewizora, w którym jak co roku będzie można obejrzeć Samych Swoich, którąś z adaptacji Sienkiewicza oraz Kevina samego w domu, którego na pamięć zna nawet mój pies! No i jeszcze przy rodzinnym stolemożemy poudawać, że wszyscy się kochamy i wybaczyć sobie wszelkie krzywdy, które przez ostatni rok mieliśmy okazję wyrządzić nawzajem. Katharsis a potem hulaj dusza, cała zabawa zaczyna się od początku.
Niczym żydzi podziękuję Ci jednak Panie, za to że nie uczyniłeś mnie kobietą i pozbawiłeś naturalnych zdolności poruszania się po kuchni. Mało tego że musiałabym uważać na kalorie zawarte w tych wszystkich potrawach, to na dodatek większa część ich robienia spadłaby na moje śliczne piersi.
Podczas kolacji wigilijnej i dwóch następnych dni jedna osoba zjada tyle, ile afrykańska osada je przez miesiąc. Nasze wnętrzności mówią nie, ale zalewane kolejnymi porcjami płynów, nie są w stanie wypowiedzieć tego głośno. A gdy już jęknął lub w jakiś wyjątkowo brzydki sposób dadzą o sobie znać, robimy im 30 minutową przerwę na regenerację i wracamy do nierównej walki z tonami jedzenia.
Probierzem przejedzenia mogą być trzeszczące w szwach spodnie, coraz bardziej odpinane guziki kiecki czy też brzuch wyglądający, jakbyśmy byli w siódmym miesiącu ciąży. Można popełniać samobójstwo na wiele sposobów, ale świąteczne obżarstwo ma swoją wielowiekową tradycję, której łamać za żadne skarby nie można. Nawet ten śmierdzący i ościsty karp, którego gehenna zaczęła się parę miesięcy temu podczas jesiennych połowów, musi zostać spróbowany. Gdy myslę o tej rybie, która od października przez różne baniaki, wanny, wiaderka i inne sztuczne zbiorniki wodne przeszła, to mi odchodzi ochota na jedzenie. Ja to bym jednak chciał, aby zwierzątko było w miarę czyste (by nie rzec “dziewicze”), a nie obmacane przez wąsatych rybaków, których ulubionym zajęciem było sikanie do stawu hodowlanego podczas libacji alkoholowych.
Wspólne kolędowanie zastąpione wspólnym oglądaniem kolęd w tv także do przyjemnych nie należy. Bo ileż można oglądać tych samych artystów śpiewających te same piosenki, w ten sam sposób? No ale lepsze to niż żenująco wyglądający i śmierdzący tanim winem kolędnicy, którzy są spławiani na różne wymyślne sposoby. Ja w tym roku zamierzam powiedzieć, że miast Bożego Narodzenia świętujemy Chanukę, więc o ile nie znają czegoś w jidisz albo po hebrajsku, to niech idą jęczeć pod innymi drzwiami.
Gdyby pojawił się drugi rzut kolędników to przywitam ich z Koranem w ręce i krwiożerczym okrzykiem brata w pokoju obok: „Zabić chrześcijan!”. Powinno zadziałać.
Tradycja zostawiania pustego talerza dla głodnego i spragnionego wędrowca jest przeważnie praktykowana w sposób formalny. Znaczy ten jeden cholerny talerz stoi i wadzi wszystkim podczas jedzenia. Jednak gdy tylko słychać kroki koło drzwi, cała rodzina wstrzymuje oddech i w myślach rzuca „Niech ta bezdomna mynda idzie do sąsiadów.”
Naturalnie nie można nie wspomnieć o nowej świeckiej tradycji. Poza normalnymi zakupami, na które wydaje się więcej niż pozwala portfel, ale nie więcej niż pozwala linia kredytowa w banku, od paru lat jesteśmy wystawieni na atak setek a nawet tysięcy reklam, bannerów, świecących lampek, grających muzyczek, maili, SMSów, telefonów i sam szatan nawet nie wie czego jeszcze.
Wszyscy już przywykliśmy, że święta czyli chujonki i małpa w czerwonym są widoczne od listopada. Dowcip mówiący o tym, że nadejście Bożego Narodzenia zwiastuje świąteczna reklama Coca-Coli w telewizji przestał być zabawny parę lat temu.
No i jeszcze trzeba mieć oczy na czubku głowy. A nuż jakiś potwór czai się w okolicach jemioły i gdy tylko się pod nią znajdziemy, zostaniemy zaatakowani i to bez możliwości ucieczki. „Na żądanie raz można” zakrzyknie indywiduum i zbliży się z oczywistym zamiarem zostawienia swojego kodu DNA na naszej twarzy.
Jednak prawdziwym hitem są życzenia dochodzące na skrzynkę mailową w stylu: Merry Xmas – Buy Viagra from us. Ewentualnie Powiększanie piersi/penisa to najlepszy prezent jaki możesz jej/mu sprawić. Swoją szosą oddałbym pół królestwa i rękę (lewą) królewny, żeby móc zobaczyć, jaką reakcję wzbudziłby taki prezent ofiarowany ukochanemu albo ukochanej.
Tak naprawdę świąteczną atmosferę czuć dopiero w nocy, podczas Pasterki. Kiedy to po tym całym zamieszaniu zakupowym, po Sodomie i Gomorze jaka podczas sprzątania istnieje, po dantejskich scenach w trakcie wigilii można się iść wyciszyć i zbratać w miłym towarzystwie. Bo czyż może być coś bardziej świątecznego niż flaszka kupiona na stacji benzynowej, pita przy – 10 stopniach i zapijana kompotem z suszu podczas siedzenia na ławce w ciemnym Parku w towarzyswtie mało trzeźwych osobników, z których każdy osiągnął zaawansowane stadium upojenia alkoholowego?
Tak. Kocham święta…