“Jest tu jakiś zajazd?”
Miejscem akcji jest Psie Pole. Okolice wylotówki, krajowej “ósemki”. Pora raczej mało korzystna. Noc już. Do tego mokro i wietrznie. Zacina wiatr i leje deszcz. Jesienna zemsta na zimie. Niebiosa nie odpowiadają na moje nieme pojękiwania za śniegiem.
Stoję i moknę, starając się nie wpaść w możliwą w takich momentach desperację. Szczególnie że czuję ciężar piątki w kieszeni. Parzy w udo i woła “wydaj mnie, wydaj! Patrz, patrz. Jedzie autobus!”. Desperacko odpieram ataki głosów w mojej głowie. Tonę, lecz się nie poddaję.
Stoję i moknę, a Pablopavo po raz kolejny zapewnia mnie, że “wszystko się uda i że wszystko się piersi”. Z naprzeciwka widzę przebijającego się człowieka z plecakiem i torbą.
Jest przemoczony do suchej nitki; cieknie z niego jakby się przed chwilą w Warcie wykąpał. Może tak było. Może nie zważając na ryzyko i działając instynktownie wyciągnął z wody na wpół utopionego człowieka. Oczyścił karmę kosztem wody w butach.
Sprawia wrażenie mocno zagubionego. Idzie niemalże na oślep, mrużąc oczy i rozglądając się co chwilę na boki. Z każdym kolejny krokiem wydaje się przyspieszać swój marsz.
Po chwili staje przy mnie:
- Jest tu jakiś zajazd?
Zajazd, kurwa? Tawerna albo knajpa? Może wyszynk? Ledwo powstrzymuję się, żeby mu nie powiedzieć, że Ostatni zajazd we Wrocławiu jest cztery stajania stąd.
- A do Lublina tędy dojdę?
W milczeniu potakuję. Trochę nie dowierzam.
Trzy zdania moje. Dwa zdania jego. Nić porozumienia. Drobna porada ode mnie. Wskazuję kierunek. Kiwa głową i rusza. Odwracam się za nim, ale niknie za chwilę w lepkiej ciemności.
Stoję i moknę. Po kolejnych kilkudziesięciu przejechanych samochodach wreszcie udaje mi się kogoś zatrzymać. Dwa kilometry dalej mijamy kogoś idącego skrajem drogi.