Archiwum dla Narkotyki

Skok na szczęście

Posted in Po bandzie ze znacznikami on 5 lipiec, 2007 by bezdebitowy

Kolejny raz nasz bohater wciągnął potężną dawkę czegoś, co w zamierzeniu miało być być trawą, a w rzeczywistości okazało się czymś płucowypluwalnym. Szczypało w gardło… Ale osoba o której piszę, nie paliła pierwszy raz. Powoli przywykała do gryzącego odoru palonej gandzi. O ile sam zapach trawki nie był zły, to w połączeniu z gazem z zapalniczki i szklanej lufki, swąd przypominał spalanie się zasilacza od komputera…

Trzeci i ostatni, jak się okazało, haust był już przyjemny. Łyk Coca Coli Lajt pozwolił odzyskać władność nad językiem i ślinę. Komfortowa sytuacja. Miłe uczucie. Zabawni ludzi. Fajna zabawa. Nastąpił kopniak w górę. Jeszcze przed chwilą średnie samopoczucie osiągnęło stan bliski stratosfery i ciągle wzbijało się wyżej i wyżej. Swobodny lot w przestrzeń. Niczym nieskrępowany nastrój wznosił mnie na wyżyny śmiechawy i upalenia. Błogosławieni upaleni trawą albowiem cały świat do nich należy. A nawet jeśli nie należy, nie czują się z tego powodu smutni. Bo smutek odchodzi wraz z troskami. A troski spalają się podczas wypalania się w lufce.

Nasz bohater z grupą (nie)znajomych czuł się naprawdę dobrze. Znowu zdał sobie sprawę, że jest niemal szczęśliwy. I ta myśl go poraziła. Przestraszyła. Zdruzgotała. Przeszyła na wylot i zrobiła dziurę w mózgu. Dziurę wielkości grejfruta. Wstrząsnęła całym jego jestestwem.

Już nie leciał swobodnie w kosmosie. Już nie oddalał się od Ziemi. Wręcz przeciwnie. Przyciąganie ziemskie ściągało go. Z każdą sekundą przybliżał się do powierzchni. A prędkość rosła. Lot koszący w dół nie zakończył się wbiciem w ziemię i otwarciem oczu. O nie! Wleciał w dół, w którym jeszcze nigdy nie był. Tak głęboki, że nie było widać nieba. Z każdej strony ściana i osypujące się grudki piasku, które powiększały jego poczucie paniki. Nie wiedział, co się dzieje. Jeszcze nigdy tak się nie czuł.

Zaczął intensywnie myśleć; mózg pracował na obrotach na jakich jeszcze nigdy nie musiał pracować. Strach i adrenalina podniosły mu ciśnienie niemal do rozsadzenia żył.

Rozglądał się wokół i nie wiedział, co widzi. Jego myśli nie były jego myślami, a to co robił było jak sen. Mara w której nie kontrolujesz sam siebie. Władca marionetek szarpał za sznureczki, które oplatając Michała sterowały każdym jego słowem, gestem… myślą nawet. Nawet Pinokio mógł mieć swoje myśli. A Michał ich nie miał. Mówił, lecz to nie były jego słowa.

A dołu już nie było. Bo Ziemia się rozpadła na pół i on spadał niżej. Gdy był niemal w samym jądrze, planeta znowu się połączyła zamykając go i więziąc. Gorąca lawa spalała go i krępowała mu myśli. Szamotał się, lecz nurt lawy ściągał go dalej od gorącego jądra. Lawa zastygała… a Michał wraz z nią. Stan próżni zaczynał się wytwarzać. Ale natura nienawidzi próżni. ZAWSZE ją czymś wypełnia.

Niejednokrotnie życie przyrównywano do sinusoidy; raz w gorę a raz w dół. Jak huśtawka. Ale tym razem to nie był wężyk. To była parabola. Pieprzony wykres funkcji wskazywał na rozwiązanie, w którym ramiona tejże były skierowane ku dołowi. I Michał właśnie leciał w dół. Ku samemu dołowi nieskończoności. Ku dołowi którego nigdy nie dane mu będzie osiągnąć. I nie ważne jak długo będzie spadać, lecieć, schodzić… nigdy nie dojdzie do momentu, w którym będzie mógł od dna się odbić.
One way !

Shitty epilog

Bo taka jest moja droga na skróty. Skok na szczęście. Bo kierowanie się ku celowi jakim jest szczęście, jest już celem. A wszelkie próby wskoczenia na wysepkę ze szczęściem kończą się siedmiogodzinnym wpatrywaniem się w liście za oknem. Bo szczęścia nie da się osiągnąć na stałe. Ciągle trzeba za nim biec; doganiając a czasem oddalając się od niego. Ale próba oszustwa skończyć się może dwojako; albo zagłębianiem albo całkowitym wyplątaniem z tego oszustwa - tej obłudy i nieszczerości. Na dodatek chwilowej. Bo szczęście w przeciwieństwie do trawy nie zabiera nic w zamian. A gandzia żąda ofiary. Za każdym razem. Złoty cielec którego trzeba rozpieprzyć nim ofiara jakiej zapragnie będzie za duża.