Zaległości nadrabianie
Posted in Wchłonięte ze znacznikamiFuturama, Kuba Wojewódzki, South Park on 14 kwiecień, 2008 by bezdebitowyKuba Wojewódzki
S07E04 - Krzysztof Stelmaszyk i Marek Raczkowski
Oczywistą oczywistością orędzie prezydenta nie mogło nie zostać wykpione. Ba, kpina z tego reżyserowanego i wymyślonego przez Jacka Kurskiego show w publicznej telewizji aż się prosiła o zaistnienie w postaci błyskotliwej riposty. Tymczasem otrzymaliśmy szyte grubymi nićmi waleniem obuchem w głowę, które śmiech wywołać mogło tylko u publiczności widzącej w newralgicznych momentach napis „Aplauz!”. Słabizna, słabizna i jeszcze raz słabizna.
To, co rokowało dobrze to goście. Szczególnie Marek Raczkowski, numero uno w Polsce jeśli chodzi o przedstawienie za pomocą kilku kresek polityczno – socjologicznych absurdów. Człowiek, który jednym rysunkiem potrafi kopnąć w rzeczywistość tak mocno, że drgawki śmiechu nie przestają nami targać na długo po tym, jak wyjdziemy z pola oglądania tego małego dziełka sztuki. Dla mnie Raczkowski to mistrz, któremu nawet Andrzej Mleczko, w obecnej, nieco już słabszej formie, nie da rady w żaden sposób dorównać.
Wiedziałem, że nie obejdzie się bez kup. Wojewódzki nie mógł sobie podarować, zresztą całkowicie go rozumiem, i sprowokował obydwóch gości do wsadzenia flagi Polski w psie gówno. Akcja wzbudza reakcję, więc niemal od razu, mój ulubiony były wiceminister Orzechowski vel „Smok Wawelski był dinozaurem” złożył zawiadomienie do prokuratury. Nie upiekło się samemu gospodarzowi programu, który „podżegał do znieważania polskiego symbolu narodowego”.
Czerwono – białe barwy wetknięte przez Raczkowskiego i Krzysztofa Stelmaszyka w psią kupę były jednym z nielicznych ciekawych, mimo, a może właśnie dzięki całej otoczce kontrowersyjności, elementów programu. Ani aktor, znany głównie z filmu „Testosteron” oraz serialu „39 i pół”, ani rysownik nie okazali się na tyle medialni, by przyćmić wojewódzką osobowość i tendencję do zawłaszczania programu. Zresztą, gospodarz co chwilę imputował im wielkie powodzenie u kobiet i magiczną wręcz umiejętność ich wyrywania.
Ich stonowane wypowiedzi i nieco śpiący sposób narracji były elementami, które mocno kolidowały z ADHD Wojewódzkiego. Ich tendencja do wyciszania się sprawiła, że zamiast oglądać ciekawą rozmowę, zostaliśmy, po raz miliardowy zresztą, zaatakowani przez kolejne głupiutkie gagi i żarty Kuby. Szkoda. Szczególnie że przez „akcję z kupą” program na długo zapadnie w pamięć.
Futurama
[02x10] Put Your Head On My Shoulder
- Przyprowadziłeś tylko jakąś bandę meneli z dworca i wziąłeś od nas pieniądze.
- Prawda. Ale w końcu czyż nie o to właśnie chodzi w Walentynki?
Podstawowa zasada mówi, że nie wolno uderzać do laski z pracy. Po smutnym fakcie rozstania i ewentualnej porażce na drodze ku wielkiej miłości, czeka nas codzienna męka spotykania TEJ/TEGO. Ale może być gorzej. Może być tak, że laska z którą właśnie zrywamy, okazuje się być jedynym dla nas ratunkiem. Jej obecność sprawia, że nie tracimy głowy (literalnie!).
Przyznam, że większej traumy bym nie wymyślił. Po paru spotkaniach okazuje się, że osoba, z którą jak się na początku wydawało, było milion tematów do obgadania i trylion rzeczy do robienia, zwyczajnie nam nie pasuje. W krytycznym momencie randki, na którą parcie ma nasza (przynajmniej jeszcze przez parę chwil) partnerka, tracimy głowę. Czy też raczej, tracimy resztę ciała i nasza głowa zostaje przytwierdzona do ciała, już byłej, kobiety.
I mimo możliwości operowania połową jej ciała, mimo jej wrażliwości na bodźce dotykowe (marzenia każdego faceta - macać się po piersiach) nie możemy znaleźć racjonalnego uzasadnienia dla jej pomysłu na pójście na walentynkową randkę. Szczególnie, jeśli przyjdzie nam obcować z mało pociągającym przedstawicielem płci, której sami jesteśmy członkiem, a przynajmniej nasze oddzielone od reszty ciało jest. Seks w ciele swojej byłej kobiety z jej obecnym chłopakiem, nie jest szczytowym osiągnięciem randkowego święta zakochanych.
Aha, Bender kochający tylko pieniądze, zajmuje się biurem pośrednictwa matrymonialnego. Jak zwykle, wychodzi mu to w mistrzowski sposób. (Cytat wyżej).
Mocny odcinek. Ale Futurama nie miała jeszcze słabego momentu. Byle tak dalej.
South Park
12×04 - Canada on Strike
Dawno nie miałem takiego problemu z SP. Z jednej strony, mamy do czynienia z mocnym odcinkiem z kilkoma niezłymi gagami oraz żartami – głównie obśmiewającymi strajk scenarzystów, jaki „nawiedził” Hollywood parę miesięcy temu – a z drugiej mamy dość słabą pointę. No i chyba jednak z przyzwoitości należy dodać, że przerwa w pracy nad kolejnymi scenariuszami momentami dość mocno uderzyła w produkcyjną płynność Fabryki Snów i najbliższych serialowych okolic.
Ale wiecie, nauczyłem się dzisiaj czegoś. Myślimy, że można zarabiać na Internecie, ale… Choć Internet jest nowy i ekscytujący dla osób kreatywnych, nie dojrzał jeszcze do dystrybucji mediów na takim poziomie, by stopa zwrotu była taka, jakiej byśmy sobie życzyli. Dopiero za parę lat dystrybucja cyfrowa mediów w Internecie może zostać rozszerzona do poziomu, który umożliwiłby producentom rezygnację z bardziej tradycyjnych źródeł rozpowszechniania.
Nie za bardzo chce mi się spierać z Parkerem i Stonem (szczególnie że mam podejrzenie, że mogą mojej polemiki nie przeczytać) odnośnie przyszłości Internetu i dystrybucji dóbr sztuki w tymże, ale ich wygłoszone niemalże ex cathedra zdanie powoduje u mnie pewien dysonans. Rozumiem, że ma to związek z umieszczeniem ich serialu w Internecie i próbą zwalczania „nielegalnych źródeł dystrybuowania”, ale tak kategoryczne zdanie brzmi niezbyt szczerze w ustach wątpiących we wszystko i kontestujących „oczywiste oczywistości” bohaterów South Park.
Z drugiej strony swobodne napierdalanie się z takich bohaterów Internetu jak Jay Maynard, Numa Numa, kichająca panda, dzieciak od Gwiezdnych Wojen, Afro Ninja, śmiejące się dziecko, płaczący Chris Crocker, Tay Zonday czy też Piesek preriowy o złowrogim spojrzeniu jest zrobiony w ten typowo southparkowy sposób, który sprawia, że szeroko rozwieramy naszą paszczękę z radości. Trudno dyskutować z tym, że ciężko skonsumować i przełożyć na coś wymiernego (potencjalne miliony dolarów) popularność zdobytą w Internecie. Choć, o czym Trey Parket i Matt Stone nie wspominają, jest to jednak możliwe.